Dawno temu, w nadbałtyckim grodzie zwanym Rumią, zrodziło się coś, czemu trudno nadać inną nazwę niż przeznaczenie. Rok 2008. Dwaj licealiści — Ariel i Maciej — zbuntowali się pewnego dnia przeciw nudzie szkolnych ławek i zamiast słuchać lekcji, sięgnęli po flet i mandolinę. Nikt wówczas nie wiedział, że to nie wagary, lecz pierwszy rozdział legendy.
Granie stało się ich tajemną akademią. Próba goniła próbę, a każda nuta zbliżała ich do muzyki, którą świat zdawał się zapomnieć — śpiewów trubadurów, tanecznych rytmów karczem sprzed wieków, głosów instrumentów, które dziś brzmią jak echo innego czasu. Zbierali na szałamaje i buzuki jak rycerze zbierają na zbroję — rok po roku, grosz po groszu, z myślą o tym jednym, pierwszym prawdziwym koncercie.
"Nie interpretujemy muzyki dawnej. Próbujemy ją usłyszeć tak, jak słyszeli ją jej twórcy."
W 2012 roku, w karczmarskiej sali pewnej tawerny w Rumi, szałamaje i irlandzkie buzuki zaśpiewały po raz pierwszy. Do drużyny dołączyli Rafał i Jędrzej — i tak ukształtował się rdzeń Góry Trolla. Czterech wędrownych grajków, których nic już nie rozdzieliło.
Od podmiejskiej tawerny do całej Polski — od gdyńskiego Ucha przez Śląsk aż po wielkopolskie targi i kieleckie festiwale. Zdarzały się weekendy z trzema koncertami z rzędu. A w roku 2025 Góra Trolla po raz pierwszy przekroczyła granicę: w Bari, przy murach zamku, nad błękitem Adriatyku, zagrała ku czci Bony Sforzy. Polska nuta popłynęła po włoskim niebie.